VII modowych grzechów głównych Polaków

Lista powstała w oparciu o moje doświadczenie i poczynione obserwacje. Zrób modowy rachunek sumienia. Jeśli okaże się, że masz na swoim koncie jakieś grzeszki, zapraszam do mnie po naukę, pokutę i rozgrzeszenie.

I. Czarnowidztwo
Prowadzę prywatną batalię przeciwko czerni. Niestety jest to dominujący kolor w polskich szafach. Robię co mogę, aby przekonać ludzi do innych barw. Często wystarczy przyłożyć czarną chustę do twarzy, aby dana osoba sama przekonała się o negatywnym wpływie tego koloru na wygląd. Tak naprawdę jedynie osoby o kontrastowym typie urody (więcej na ten temat tutaj) mogą sobie na niego pozwolić. Pozostali wypadają blado (i to dosłownie). Krótko mówiąc, jeśli chcesz wyglądać staro, smutno i ponuro ubierz się na czarno.

Po czerń sięgamy chętnie, ponieważ w naszej świadomości funkcjonuje wiele mitów dotyczących tej barwy. Pora rozprawić się z nimi raz na zawsze. Mówi się, że czerń jest uniwersalna i do wszystkiego pasuje. Owszem świetnie wygląda, zwłaszcza w zestawieniu z innymi kolorami. Ubieranie się od stóp do głów na czarno jest wyrazem braku wyobraźni. Z resztą kolor ten zarezerwowany jest na bardziej formalne uroczystości, zatem nie zawsze wypada w nim wystąpić.
Jak zaklęci powtarzamy, że czerń wyszczupla. Nie jest to do końca prawdą. Rzeczywiście ciemne barwy optycznie zmniejszają, ale tylko w połączeniu z czymś kontrastowym (np. czarne spodnie, biała bluzka). Kolor ten bardzo wyraźnie podkreśla kontur sylwetki (zwłaszcza na jaśniejszym tle), uwidaczniając tym samym wszelkie mankamenty figury. A co z „małą czarną”? – zapytają kobiety. W zupełności wystarczy tylko jedna – odpowiadam. Posiadanie kilku krojów mija się z celem, bo i tak nikt nie zapamięta poszczególnych fasonów. Lepszym rozwiązaniem będzie zainwestowanie w różnorodną biżuterię, dodatki, buty. Poza tym „mała czarna” równie dobrze może być grafitowa, granatowa a nawet czerwona.

II. Zniewolenie
Mam na myśli bezgraniczną modową uległość. Media karmią nas trendami, hitami sezonu, wszelkimi „must have”, a my bezmyślnie przyjmujemy tę lekkostrawną papkę. Zawsze powtarzam, że trendy są sprawą drugorzędną. Bardziej powinno nam zależeć po prostu na dobrym wyglądzie, a nie na byciu modnym. Ciągła pogoń za trendami prowadzi wręcz do unifikacji (dobrze to widać wśród blogerek modowych, tylko nieliczne – te, które idą pod prąd – naprawdę się wyróżniają) oraz regularnego drenażu naszych portfeli. Trendy to nic innego jak narzędzie sprzedaży gwarantujące koncernom odzieżowym stały zbyt. Pamiętajmy, że kopiując modę z wybiegów, magazynów czy witryn sklepowych możemy wyrządzić sobie krzywdę. Po pierwsze mało kto ma figurę i proporcje modelki/modela/manekina, po drugie w prawdziwym życiu nie można zastosować Photoshopa. Moda powinna stanowić dla nas źródło inspiracji, a nie sens istnienia.

III. Nieumiarkowanie
Nadmiar biżuterii, dizajnerskich dodatków, przerysowany makijaż dobrze wyglądają jedynie na zdjęciach magazynów mody. W życiu codziennym powinna nam przyświecać myśl Coco Chanel, która zachęcała do zerknięcia – tuż przed wyjściem – w lustro i pozbycia się przynajmniej jednego elementu naszego stroju. Nieumiarkowanie prowadzi do przestylizowania, zdarza się to nawet najlepszym stylistom. Najpewniej wynika z chęci zaprezentowania wszystkiego naraz, co nieuchronnie kończy się modową wpadką.
Brak umiaru możemy chyba wybaczyć jedynie Annie Dello Russo. Zatem jeśli nie jesteś naczelną japońskiego Vogue’a, pamiętaj, że w przypadku biżuterii najczęściej mniej znaczy lepiej. Nieodzowne jest zachowanie proporcji. Dla przykładu, jeśli zakładamy spektakularne kolczyki, darujmy sobie równie strojny naszyjnik. Dodatki mają podkreślić urodę, a nie ją przytłoczyć.

IV. Metkowanie
Z niedowierzaniem obserwuję powrót mody na obnoszenie się, epatowanie wręcz, drogimi markami. Bluzy z wielkim logotypem, klamry pasków z wyraźnym symbolem, torebki upstrzone popularnym monogramem stają się niestety towarami bardzo pożądanymi. Czy tylko mi ten trend przywodzi na myśl bazarowe lata 90.? Uwierzcie, wprawne oko zauważy, że mamy na sobie drogą rzecz, skrząca się z daleka metka jest naprawdę zbyteczna.
Nawet jeśli kogoś stać na ubrania z najwyższej półki, prawdziwą sztuką i wyzwaniem będzie umiejętne połączenie tańszych rzeczy sieciówkowych z tymi luksusowymi. Według mnie stylizacje składające się wyłącznie z markowych ubrań wcale nie świadczą o dobrym guście. A wybieranie charakterystycznych wzorów (ach ta wszędobylska krateczka Burberry) bądź elementów z wyraźnym logo jest przejawem braku klasy. W snobizmie tak naprawdę nie ma nic złego, pod warunkiem, że nie jest on krzykliwy. Moja rada – snobujmy się, ale subtelnie.

V. Niestosowność
Określone sytuacje wymagają zazwyczaj stosownej oprawy. Na uroczystą premierę w operze nie wypada przyjść w podartych dżinsach. W miejscu pracy nie należy świecić dekoltem do pępka (w sumie to zależy jaki rodzaj pracy wykonujemy). Niestosownością będzie również przyjście na czyjś ślub w kreacji przyćmiewającej suknię panny młodej. Brak wyczucia, znajomości obowiązujących zasad albo, co gorsza, świadome ich ignorowanie doprowadzi niechybnie do poważnej gafy. Otoczeniu natomiast zapewni temat do gorących dyskusji. Musimy zrozumieć, że zasady dotyczące stosownego stroju (dress code) ustalono dla naszej wygody. Dzięki temu nie musimy zbytnio główkować co na siebie włożyć. Warto zauważyć, że ten niepisany kodeks ulega stopniowej liberalizacji. Nie jest już tak bardzo rygorystyczny jak kiedyś. Jeśli w dalszym ciągu brakuje nam pewności jak się ubrać na daną okazję, zawsze można skorzystać z porad osobistego stylisty ;)

VI. Bojaźń
Wystarczy porównać polską ulicę z jakąkolwiek w Londynie, Berlinie, Paryżu, aby domyślić się o co mi chodzi. Nuda, zachowawczość i lęk przed wyróżnieniem się, to cechy naszych ulic. Jak okiem sięgnąć, widzimy przemieszczającą się szaroburą masę. Chyba najwyższy czas to zmienić. Pozwólmy odważniejszym osobom wyróżnić się z tłumu. Skąd ten apel? Otóż w Polsce osoba odstająca ubiorem, wyglądem od większości skazana jest na kpiny i śmiech politowania. I tu koło się zamyka. Mamy odpowiedź dlaczego jesteśmy zachowawczy. Po prostu obawiamy się wytykania palcem. Otwórzmy się w końcu na inność i różnorodność. Obawiam się, że ta odezwa – mimo szczerych chęci – nie zmieni naszej mentalności. Nadzieja tkwi w młodszym pokoleniu, które wzorce czerpie już nie tylko ze swego podwórka.

VII. Niedopasowanie
O ile wskazanie właściwych krojów, fasonów wymaga wiedzy i należy raczej do zadań profesjonalistów, to znajomość własnego rozmiaru wydaje się być bardziej oczywista. A wcale tak nie jest. Okazuje się, że nie znamy swoich wymiarów i rozmiarów. Zauważyłem to zwłaszcza podczas wspólnych zakupów. Klienci wybierają najczęściej ubrania za duże. Myśląc błędnie, że nadmiar materiału ukryje wszelkie mankamenty. Zdarzają się również niepogodzeni z upływem czasu i postępującymi zmianami w obrębie własnego ciała. Ci z kolei sięgają po ubrania zbyt małe. Winę za taki stan rzeczy możemy śmiało przypisać zaburzonemu postrzeganiu samych siebie. Zdecydowana większość widzi się niczym w krzywym zwierciadle. Dlatego tak ważny jest obiektywny osąd. Sami tego nie dokonamy, przyjaciółka również, tym bardziej rodzina. Rozgrzeszyć może jedynie wprawne oko specjalisty ;)